Dzienne archiwum: 29 grudnia 2018

W ŚREDNIOWIECZU BYŁO GORZEJ

Artykuł opublikowany w nowojorskim Nowym Dzienniku 10-11 czerwca 2006 r.
W  ŚREDNIOWIECZU  BYŁO  GORZEJ
Jerzy Jastrzębowski
   Co roku w świecie wybuchają pogłoski o grożącej katastrofie: a to epidemia odry u sąsiadów, a to wyjątkowo ciężka epidemia grypy, a to zapaść finansowa w jakiejś Wenezueli lub Argentynie … W 2006 roku panika na zachodnim wybrzeżu USA: wg ówczesnego raportu naczelnego lekarza USA wirus ptasiej grypy może rozhulać się wśród gniazdującego latem na Alasce dzikiego ptactwa, które – migrując na południe jesienią – zawlecze zarazę do południowej Kalifornii i nad Zatokę Meksykańską. Gdyby doszło (co mało prawdopodobne) do pandemii ptasiej grypy wśród ludzi, komisja budżetowa Kongresu ostrzegała: wirus może zarazić jedną trzecią ludności USA i spowodować śmierć od 2 do 4.5% zakażonych. W liczbach bezwzględnych byłoby to sześć do trzynastu milionów ludzi, głównie w przedziale wieku 15-40 lat.  Kryzys gospodarczy i finansowy spowodowany taką epidemią trwałby latami.
    Tyle obecne pogłoski. By jednak zaznajomić się z prawdziwie czarną sekwencją wydarzeń, o których ludzie obecnej doby – poza historykami wieków średnich – pojęcia nie mają, sięgnąłem do źródłowych opisów sytuacji w Europie XIV wieku. Nie było wówczas służby zdrowia, nie było szczepionek ani najprostszych leków w dzisiejszym sensie, nie było centralnego systemu finansów publicznych. Były natomiast głębokie kryzysy finansowe, klęski głodu i epidemie.
ZACZĘŁO  SIĘ  OD  KRYZYSU  FINANSOWEGO
    Na przełomie XIII i XIV wieku największe banki włoskie udzieliły wielu ryzykownych pożyczek domom panującym Europy. Gdy kilku spośród najbardziej zadłużonych klientów w ciągu paru lat ogłosiło niewypłacalność, banki popadły w kłopoty. Na początek dotknęły one największy bank Sieny – Gran Tavola rodziny bankierskiej Buonsignori. Bank ów wśród klientów miał wielkie domy handlowe, monarchów, nawet samego papieża. Siena była głównym centrum finansowym ówczesnej Europy. Była tak bogata, iż patrycjat miasta rozpoczął budowę gigantycznej katedry, zamierzonej jako największa budowla Europy. Na przełomie wieków budowę wstrzymano, podczas gdy rodzina Buonsignorich próbowała ratować swój bank. W roku 1307 zbankrutował on jednak, pociągając za sobą wiele domów handlowych miasta.
    Siena nie podniosła się z katastrofy, której ślady widoczne są do dziś. Niedokończona katedra jest w stanie, w jakim pozostawili ją mistrzowie budowlani średniowiecza. Majestatyczny rynek miasta również zastygł w czasie, niczym Herculaneum katastrofy finansowej sprzed siedmiuset lat.
    Klęska Sieny na krótko stała się triumfem rywalizującej z nią Florencji. W początkach XIV wieku Florencja miała trzy wielkie banki rodzinne – Bardi, Perucci i Acciaiuoli – oraz co najmniej sześć średniej wielkości. Wielkie banki florentyńskie również żyły z pożyczek udzielanych m.in. monarchom Anglii i Neapolu. Ryzykowny był to proceder. Długi monarsze bywały praktycznie nieściągalne.
    W latach 1302-1346 wszystkie wymienione banki florentyńskie kolejno plajtowały pod ciężarem nieściągalnych wierzytelności.
Po roku 1346 zabrakło dużych banków w Toskanii, centrum finansowym ówczesnej Europy. Przerwa ciągnęła się przez dwa pokolenia, aż do powstania banku rodziny Medici pod koniec owego stulecia.
    Jak się wkrótce okazało, klęski toskańskich banków były swego rodzaju ostrzegawczym sygnałem przed katastrofą na znacznie większą skalę, która miała wkrótce objąć niemal całą Europę, kładąc kres – w opinii dużej części historyków – cywilizacji europejskiego średniowiecza.
KLĘSKA  GŁODU
     Lato roku 1314 było zimne i dżdżyste w całej zachodniej Europie. Zboża wcześnie wyległy i częściowo zgniły na polach. Zimą owego roku ludzie zaciskali pasa i modlili się o lepsze plony w przyszłości.
     Następny jjednak rok był znacznie gorszy. Obfite deszcze padały od wczesnej wiosny, burze z ulewami ciągnęły się tygodniami, doprowadzając do przerwania wałów przeciwpowodziowych w Anglii i Niderlandach. We Francji zanotowano wymywanie do rzek gleb uprawnych, w Niemczech powodzie zatopiły dziesiątki wiosek. To już nie była niepogoda. Historyk Henry Lucas pisze o „ogólnej klęsce
roku 1315 – od Pirenejów aż po rejony Słowiańszczyzny, od Szkocji aż po Italię”.
     W Anglii owego roku ceny pszenicy wzrosły ośmiokrotnie – z pięciu do czterdziestu szylingów za cetnar. Wymierało bydło. Chłopskie rodziny żywiły się, zjadały domowe koty, następnie szczury, żaby, zbierały owady. Widziano ludzi rozgrzebujących odchody końskie w poszukiwaniu niestrawionych ziaren. Kroniki Londynu, Paryża, Ypres, Utrechtu i Wrocławia piszą o ludziach umierających z głodu na ulicach. Mnożyły się bandy, rabujące głównie żywność. W Anglii 10 sierpnia tegoż roku król Edward ze swym dworem zatrzymał się w opactwie St. Albans w drodze na obchody Dnia św. Wawrzyńca. Usłyszał od mnichów, że nie mają chleba ani dla niego, ani dla jego dworu.
    Nadszedł rok 1316, kolejny dżdżysty rok, ostatnie stadium największej klęski głodu w historii Europy. Według kronik klasztornych chłopi wykopywali na cmentarzach świeżo pogrzebane zwłoki, ćwiartowali je i próbowali jeść. Zaprzestano karmienia więźniów w aresztach, rozrywali więc oni nowoprzybyłych na sztuki i pożerali na surowo. Ze źródeł francuskich znane są przypadki odcinania nocą wisielców z szubienic – w tym samym celu. Opisano też przypadki kanibalizmu w rodzinach.
    Nieznana jest liczba ofiar głodu owych lat. Niektórzy historycy twierdzą, że ludność Europy w ciągu trzech lat zmniejszyła się o 10%.
Głód prowadził do rozruchów, do mordowania panów, młynarzy, kupców oraz innowierców, w tym głównie Żydów. Następnie przez cały kontynent przeszły epidemie. Sądząc z ówczesnych opisów objawów chorobowych, mogły to być epidemie cholery oraz wąglika.
    Po dwunastu latach względnej równowagi pogodowej klęski nieurodzaju i głodu powróciły, zwłaszcza do Toskanii w latach 1328-1330.
    Tym razem chłopi porzucali ziemię niedającą plonów, wraz z rodzinami szli żebrać do miast. Całe pokolenie karlało, osłabione przez głód i choroby.
    Wówczas dopiero przyszła Czarna Śmierć.
PANDEMIA  DŻUMY
    Przywieziona wśród szczurów na galerach genueńskich, uciekających z oblężonej przez Tatarów Kaffy na Krymie, w pażdzierniku 1347 roku dżuma dotarła do Sycylii, stamtąd zaś w ciągu kilku następnych miesięcy rozprzestrzeniła się na śródziemnomorskie wybrzeża we wszystkich kierunkach.Objęła całą Toskanię, Genuę, Marsylię, następnie całą Francję z wyjątkiem rejonu Bearn i miasta Liege, całą Italię oprócz Mediolanu, Niemcy z wyłączeniem Norymbergi i okolic. Nie dotarła w istotnym wymiarze do terenów Polski. Historycy przypuszczają, że od pierwszych plag początka XIV wieku do końca owej pandemii pół wieku później zaludnienie Europy zmniejszyło się z 80 do 60 milionów.
    Ilustracją XIV-wiecznych klęsk Toskanii jest historia Pistoi, wolnego miasta położonego 33 kilometry na północny zachód od Florencji.
W pierwszej połowie owego wieku Pistoia zdobywana była kolejno przez Florencję, potem przez Lukkę, po wygaśnięciu zaś pandemii dżumy ostatecznie została zhołdowana przez Florencję w 1351 roku. Zhołdowano wymarłe miasto.
    Po raz pierwszy – jeszcze przed nadejściem dżumy – jakaś inna zaraza spustoszyła Pistoię w 1359 roku. Wymarła wówczas czwarta część mieszkańców osłabionych dwiema falami wielkiego głodu. W dziewięć lat później nadeszła dżuma i dokonała tak gruntownego zniszczenia, że kronikarz miejski zanotował: „Niemal nikt nie przeżył”. Nieliczni ocaleni powrócili do opustoszałego miasta, lecz wkrótce zostali zaatakowani przez inne zarazy, które przeszły przez Pistoię i okolice w latach 1357, 1989 i 1393. Na zakończenie owego wieku dżuma ponownie powróciła do miasta w 1399 roku i od jednego uderzenia uśmierciła połowę nielicznych już mieszkańców.
    W następnym stuleciu Pistoia próbowała poderwać się do życia, zbiory dopisywały, pogoda była wyśmienita, ale epidemie innych chorób powracały do miasta w latach 1410, 1418, 1423, 1436 i 1457. Kronikarze żadnego chyba innego miasta europejskiego nie opisali klęsk tak dokładnie, jak kronikarze toskańskiej Pistoi. Lecz dzieje tego miasta były dziejami większości miast zachodniej i środkowej Europy późnego średniowiecza.
   Na klęski te nałożyły się mordercze rozruchy wśród zdesperowanych chłopów i wieloletnie kampanie wojenne, między innymi straszna wojna stuletnia (1337-1453) między Anglią i Francją, ale to już osobny rozdział nieszczęść starej Europy.
   Na koniec zaś artykułu – informacja tragikomiczna.
   Gdy minął już okres klęsk nieurodzaju, zarazy, rozruchów głodowych, w Europie zabrakło pieniędzy, zabrakło monet srebrnych i miedzianych. O złocie nawet mowy być nie mogło, kruszec odpłynął bowiem do Azji na skutek niekorzystnych dla Europejczyków „terms of trade”. Lecz nie było również srebra ani miedzi. W latach 1390-1410 wielkie mennice państwowe w Londynie, Paryżu, Florencji nie miały z czego bić monet. Doszło do tego, że nawet zamożni kupcy rozliczali się między sobą pieprzem, mieczami, nawet książkami !
Jedynie przebogata Wenecja biła wciąż jeszcze dukaty, ale nawet w Wenecji brakowało srebrnych monet. Kopalnie rud metalu porzucono, brakło zresztą siły roboczej. Ludzie powymierali.
   Do dziś rolnicy i robotnicy budowlani odkopują garnki z monetami, ukryte skrzętnie przez właścicieli, którzy pomarli – z głodu bądź  zarazy – lub też zostali zamordowani w przerażających czasach XIV stulecia.
Jerzy Jastrzębowski
   Wykorzystałem przy pisaniu pracę wybitnego specjalisty od historii gospodarczej Europy, Davida Hacketta Fischera: „The Great Wave,
Price Revolutions and the Rhythm of History”, który oparł się na ustaleniach kilkudziesięciu innych badaczy, w tym polskich uczonych Stanisława Hoszowskiego i Mariana Małowista. Wykorzystałem również dane zawarte w „Medieval and Renaissance Pistoia” Davida Herlihy.